Amazońska dżungla jest dla mnie jednocześnie miejscem rzeczywistym i symbolem ludzkiego wnętrza. Kiedy wchodzisz w nią głębiej, przestajesz wiedzieć, gdzie kończy się dżungla, a zaczynasz Ty. To przestrzeń dla mnie spotkania z lękiem, iluzją, cierpieniem, zachwytem i tajemnicą. Kiedy zobaczyłam ją pierwszy raz, poczułam ogromne wzruszenie.Pamiętam ten moment bardzo wyraźnie. Stałam i patrzyłam na ten niewyobrażalny ogrom życia. Dżungla jest głośna. Tak głośna, że na początku nie wiesz, czego słuchać. Wszędzie coś żyje. Coś się porusza. Coś pełznie. Coś nawołuje. Coś rodzi się i coś umiera. Tysiące istnień, których nawet nie widzisz, a jednak słyszysz i czujesz ich obecność. I nagle ogarnia Cię wzruszenie, bo dociera do Ciebie, że życie jest wszędzie. Że nie zaczyna się na Tobie i na Tobie się nie kończy, że jesteś jego maleńką częścią. Elli, dziewczyna, którą tam spotkałam, powiedziała mi kiedyś: „Dżungla pokazuje nam to, co powinno zostać zauważone”. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, jak bardzo to zdanie będzie prawdziwe. Przyjechałam do dżungli, bojąc się pająków. Wyrosłam mocno w tym strachu. Kiedy wyjeżdżałam po kilku miesiącach, dostrzegałam w nich piękno. Ale pomiędzy jednym a drugim wydarzyło się coś więcej, ale nie od razu, dużo później. Pamiętam jeden wieczór. Szłam przez dżunglę z latarką. Noc tam jest inna. Nie ma świateł miasta, które oswajają ciemność. Nie ma latarni za rogiem. Nie ma znajomych kształtów. Jest ciemność. Głęboka. Gęsta. Żywa. Widzisz tylko tyle, ile obejmuje mały krąg światła przed Tobą, choć później często chodziłam już bez latarki. I pomyślałam później, że przecież dokładnie tak idziemy przez siebie, widzimy tylko kawałek, a reszta pozostaje w ciemności. W pewnym momencie odwróciłam głowę i zatrzymałam się. Był tam duży, czarny ptasznik. Jeszcze niedawno moje ciało krzyczałoby: uciekaj, ale tym razem nie uciekłam. Stałam i patrzyłam na niego i wydarzyło się coś, czego zupełnie się nie spodziewałam. Zobaczyłam, że jest piękny. Naprawdę piękny. Czarny. Spokojny. lśniące. Majestatyczny. Istniał bez przepraszania za to, czym jest. Nie próbował być mniej przerażający,żebym mogła go pokochać. Nie próbował stać się motylem. I coś we mnie wtedy pękło, ale nie od razu kawałek po kawałku. Bo pomyślałam o wszystkich częściach siebie, które przez lata próbowałam zamienić w motyle. O wszystkim, co uznałam w sobie za zbyt ciemne. Za trudne. Za intensywne. Za niewygodne. Za brzydkie. O tym, co chowałam tak głęboko, żeby nikt tego nie zobaczył, a najbardziej ja sama. Bo przecież każdy z nas ma w sobie takie miejsce, miejsce, do którego niechętnie kierujemy latarkę. Czasem mieszka tam złość. Czasem zazdrość. Czasem rozpacz. Czasem potrzeba bycia kochaną tak ogromna, że aż się jej wstydzimy. Czasem wrażliwość, którą przez lata nazywaliśmy słabością. Czasem część nas, która nadal jest mała i nadal czeka, aż ktoś ją wybierze. Czasami coś, co zrobiliśmy, a czego dziś bardzo się wstydzimy. Więc ją chowamy i uczymy się być silni. Dobrzy. Spokojni. Dojrzali. Uczymy się pokazywać światu te części siebie, które łatwo pokochać, a resztę wysyłamy do naszej wewnętrznej dżungli. Głęboko. Tam, gdzie nie dochodzi światło. I z czasem zaczynamy wierzyć, że skoro coś tak długo ukrywamy, musi być naprawdę straszne. A może nie? Może nie wszystko, czego się w sobie boimy, jest potworem? Może część naszego cierpienia bierze się właśnie z tego, że przez całe życie uciekamy przed czymś, co nigdy nie chciało nas skrzywdzić. Co tylko chciało zostać zobaczone. Może pod złością jest granica, której kiedyś nie wolno nam było postawić. Pod potrzebą kontroli jest przerażone dziecko, które bardzo wcześnie nauczyło się, że bezpieczeństwo nie jest oczywiste. Pod nadwrażliwością jest zdolność słyszenia tego, czego inni nie słyszą. Pod intensywnością jest życie. Pod smutkiem jest miłość do czegoś, co było dla nas naprawdę ważne. A pod tym, czego najbardziej się wstydzimy, czasami leży część naszej największej siły. Tylko że długo patrzyłyśmy na nią oczami tych, którzy kiedyś powiedzieli nam, jakie powinnyśmy być. Za głośne. Za emocjonalne. Za trudne. Za dużo. Za mało. I w końcu ich głos staje się naszym własnym, zaczynamy odsuwać się od siebie. Aż pewnego dnia stoimy w środku własnej ciemności z małą latarką w dłoni. I mamy wybór. Możemy znowu odwrócić wzrok albo zostać.Jeszcze chwilę spojrzeć na to, czego bałyśmy się przez tyle lat. I może wtedy wydarzy się coś niezwykłego, może zobaczymy piękno tam, gdzie wcześniej widziałyśmy tylko zagrożenie. Tak jak ja zobaczyłam je tamtej nocy w czarnym pająku ptaszniku. Dżungla niczego ze swojego wnętrza nie wyrzuca. Nie mówi: to stworzenie jest zbyt brzydkie, żeby tutaj żyć. Ten fragment jest zbyt ciemny. Ta śmierć nie pasuje do życia. W dżungli wszystko ma swoje miejsce. To, co rodzi się, i to, co umiera. To, co zachwyca, i to, przed czym ciało chce uciekać. Światło i rozkład. Piękno i groza. Jedno nie wyklucza drugiego. Jedno karmi drugie. My również nie stajemy się całością wtedy, kiedy wreszcie usuniemy z siebie wszystko, czego nie lubimy.Może stajemy się nią wtedy, kiedy przestajemy opuszczać siebie w tych miejscach, które najtrudniej pokochać. Kiedy potrafimy wejść do własnej dżungli, nie po to, żeby ją uporządkować, nie po to, żeby wyciąć z niej to, co dzikie, ale żeby odnaleźć to, co kiedyś zostawiłyśmy tam same, i usiąść obok. Bez poprawiania. Bez osądzania. Bez uciekania. Dla mnie największe uzdrowienie zaczyna się od spojrzenia, od światła skierowanego dokładnie tam, gdzie przez całe życie bałyśmy się patrzeć. Bo w najciemniejszym miejscu naszego wnętrza nie czeka na nas potwór. Czeka część nas. Ta, którą kiedyś odrzuciłyśmy, żeby zasłużyć na miłość. Ta, która przez wszystkie te lata nie przestała być nasza. Czeka tylko na moment, w którym wreszcie podejdziemy wystarczająco blisko, spojrzymy na nią bez lęku i powiemy: „Widzę Cię. Już nie musisz się przede mną chować”. Tamtej nocy myślałam, że patrzę na pająka, ale duże później przyszło do mnie, że dżungla pokazała mi coś znacznie większego. Ona mi przypomniała o czymś bardzo ważnym. To było przypomnienie. Pokazała mi, że to, czego najbardziej boimy się w sobie dotknąć, czasami nie jest naszym przekleństwem, abym nigdy o tym nie zapomniała. Nigdy! Jest częścią naszej mocy, która zbyt długo żyła bez światła. I dla mnie powrót do siebie, nie polega na stawaniu się kimś innym, bo my już jesteśmy.Tylko na zejściu wystarczająco głęboko, żeby odnaleźć wszystkie części siebie, które kiedyś zostawiłyśmy w ciemności. I wrócić z nimi do domu… Ja jestem w drodze i ogromnie kocham to odkrywanie. Na początku było przerażająco trudno.Te pierwsze wejście do dżungli bardzo bolały, a teraz coraz częściej chodzę bez latarki i nie wstydzę się być człowiekiem. Sylwia 🌱